Wszystkie artykuły

Pod wielkim dachem nieba

Miała projektować domy, lecz z rozmysłem wymalowała sobie inną przyszłość. Echa jej studiów na gdańskiej politechnice pobrzmiewają w zamiłowaniu do przesyconych kolorami kamieniczek zasiedlonych przez krasnoludki lub inne ludki w baśniach i wierszykach dla dzieci, które ilustruje. Buduje obrazy, które rozbudzają wyobraźnię i pomagają w zrozumieniu tekstu. Pani architekt marzeń – Ewa Poklewska-Koziełło.

Ewa Poklewska-Koziełło otwiera nasz cykl spotkań z ciekawymi kobietami, które łączy jedno – sukienki Marie Zélie. Gdy wdrapujemy się na ostatnie piętro jej sopockiej kamienicy, od Bałtyku wieje lodowatym wiatrem, a mróz – czyżby zbiegiem okoliczności? – maluje na szybie swoje ulotne obrazy.


Od progu szczekaniem wita nas Tula – merdając ogonem, biega po salonie i próbuje łapać zajączki – figlarne refleksy na rzęsiście oświetlonej ścianie. Wnętrze mieszkania od razu zdradza, że to królestwo artystki, a nawet i artysty do pary, bo mąż ilustratorki jest uznanym architektem.

Na kuchence buzuje woda na herbatę, wybieramy sobie filiżanki (każda niepowtarzalna, bo gospodarze zbierają ciekawą porcelanę) i rozglądamy się po wnętrzu, którego klimat tworzą książki, rośliny i bibeloty, często własnoręcznie wykonane – rzeźby, obrazki, makatki, fotografie czy szydełkowe ozdoby. Tu – w mieszkaniu pełnym korytarzy, pokoików, skosów – powstają ilustracje do książek i czasopism dla dzieci, mamy więc okazję przyjrzeć się wszystkiemu od zaplecza.

Ewa Poklewska-Koziełło ma na swoim koncie współpracę z wieloma wydawnictwami, a pogratulować jej można oprawy graficznej m.in Króla i mgły M. E. Letki, Zamkowych bajeczek D. Gellner, mitologii słowiańskiej wg Melanii Kapelusz, Kuby i Buby G. Kasdepkego, Przedszkoludków A. Frączek, Tutlandii A. Ginko, niektórych tytułów z serii „Czytam sobie” wyd. Egmont czy świerszczykowej rubryki „Kopnięte królestwo” do tekstów N. Usenko.

Pomiędzy łykiem herbaty a gryzem drożdżówki rozmawiamy o ilustracjach, wydawnictwach i etapach powstawania książek. Ewa śmieje się, że zapał do przenoszenia myśli na papier miała już w dzieciństwie, a książki z jej malunkami na marginesach przetrwały do dziś dzięki trosce mamy. Lata 90. okazały się łaskawe dla debiutantów, dzięki czemu Ewa mogła stanąć w szranki z artystami po ASP. Wrodzony talent, spostrzegawczość i wyczucie kolorów sprawiły, że wsiąkła w ilustrację dziecięcą na dobre. Ręce ciągle ma pełne roboty, bo zleceń wciąż przybywa, a o kondycję dba, biegając po baśniowych krainach i malując ścieżki bohaterom. Co ciekawe – koniecznie zwróć na to uwagę! – w historiach ilustrowanych przez Ewę znaleźć można często bonus w postaci równoległej do tekstu opowieści. To taka zabawa z czytelnikiem, a czasem i filuterne mrugnięcie okiem, gdy na obrazkach, niby przypadkiem, znajdzie się koleżanka Ewy, mąż czy któreś z trójki dzieci.

Ilustracje zawsze powstają do gotowego tekstu i są od początku do końca pomysłem artystki, jej interpretacją zastanej treści. Autor opowieści musi cierpliwie czekać, aż Ewa skończy dzieło. A gdzie tworzy się najlepiej? Wszędzie! Na czerwonej kanapie w salonie, przy biurku, kuchennym stole czy na sekretnym tarasie, skąd rozpościera się widok na morze i dachy pobliskich kamienic (jesteśmy rzut beretem od Monte Cassino!). Niejednokrotnie koncept na ilustracje klaruje się w trakcie rozmów z bliskimi, Ewa bardzo często zaprasza do stołu rodzinę i znajomych, by wspólnie snuć opowieści. Najważniejszy jest impuls, emocje, które dadzą iskrę, by kreski stworzyły obraz. Do ulubionych technik stosowanych przez Ewę należy kolaż. To, co widzimy w książce, to efekt pracy wieloetapowej – kredkami, piórem, mazakami i eksperymentami z fakturą – na koniec wszystko łączy się przy użyciu tabletu graficznego. Ilustratorka nierzadko wychodzi też poza swoją pracownię, by dzielić się swoją pasją z dziećmi. Na warsztaty plastyczne potrafi się przygotowywać tygodniami, tworząc np. modelinowe pionki do gry, czy zbierając resztki tkanin i kolorowych papierów do makiety miasta.


Do naszej sesji zdjęciowej Ewa wybrała Galateę Dropp czarną oraz płaszcz camelowy, który podkreśla burzę jej rudych loków. A jak określa swój styl? „Eklektyczny, miksujący ubrania z szafy babci (dosłownie – mam parę jej sukienek sprzed wojny!), mamy (bogata reprezentacja z lat 60. i 70.) z rzeczami aktualnie kupowanymi. Mam słabość do sukienek. To zdecydowanie mój ulubiony element garderoby. Co mnie ujmuje w Marie Zelie? Różnorodność modeli, kobiecość, romantyczność i fakt, że są uszyte z bardzo dobrej jakości materiałów, często o ciekawych wzorach“.

Ewę Poklewską-Koziełło odwiedziły Justyna Szyszka (foto), Gosia Matysek (tekst) i Basia Zacharek (przyjaciółka Ewy)

Tagi:

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów